08 lutego 2011

w przystani mojego umysłu

*



Włosi powiadają: Voglio farmi ossa, czyli pragnę wzmocnić kości, co oznacza wzmocnić się wewnętrznie.
Jak to zrobić? O co chodzi?



Chcąc zachować wewnętrzną moc w codzienności, potrzebuję zachować czujność tak, żeby opanować zgiełk myślowy i wzburzone emocje wobec sytuacji, jakie przynosi życie. Faktem jest, iż ukształtowani kulturowo i społecznie jesteśmy tak, że ‘musimy’ kontrolować wszystko i wszystkich, albowiem jest to warunkiem sukcesu. Jakiego? Społeczeństwo, rodzice, nauczyciele, szef, ksiądz, i odbicie w lustrze wymienią całą listę ważnych spraw, ba, jakość życia uzależniają od stopnia panowania nad swoim życiem poprzez kontrolę, czyli asekurację, rozliczanie się z sobą samym i systematyczną samokrytykę, wdrażanie strategii trzech kroków do przodu, a w rezultacie podejmowanie decyzji za dzieci, pracowników, partnera. Z jakim skutkiem? O skutkach wdrażania kontroli w życie codzienne rodziny, firmy, społeczeństwa, kraju, świata można przeczytać w 89 % książek dostępnych na rynku, w 100% czasopism i gazet, posłuchać w radio i obejrzeć w telewizji.

Chciałoby się przy tej okazji zapytać: z czego wynika strategia kontroli wszystkiego wokół nas, jakoby gwarantowała dobre, udane życie? Czy rzeczywiście gwarantuje dobre, spełnione życie? Czy jest w tak pielęgnowanym systemie kontrolingu miejsce na prostą, niczym uwarunkowaną radość życia?

Strategia kontroli to próby zarządzania ludźmi, biegiem zdarzeń, swoimi emocjami. Nieustanne niezadowolenie i strofowanie. Jest o wiele łatwiej, ba, przyjemniej, kiedy ufamy: sobie, innym, życiu, że są dla nas, dla naszego dobra, że służą naszemu rozwojowi, że wiara, zaufanie dodają skrzydeł, tej mocy, która sprawia, że każda rzecz do zrobienia jest zrobiona z nie tylko aprobatą, ale z pasją, z przyjemnością. Życzliwość i zaufanie dla życia, dla innych jest możliwe wtedy, kiedy ufamy sobie, akceptujemy siebie w tym, co o sobie już wiemy, co zrobiliśmy, i co się z nas wyłania w konfrontacji z codziennością. Cały świat, nasze życie sprowadza się do tego, co w nas siedzi: to nasze myśli kształtują najpierw naszą wewnętrzną rzeczywistość, która bezpośrednio wpływa na świat zewnętrzny. Zatem co? No właśnie!

Jedyne, co możemy kontrolować to myśli, które aktywują emocje, a w rezultacie to, co robimy z tym, co do nas przychodzi. Jako że to jakość myśli decyduje o rodzaju emocji i jakości świata wokół nas, to zasadniczą kwestią pozostaje rozwinąć w sobie umiejętność sterowania swoimi myślami. Czy ktoś kiedykolwiek powiedział nam, że zarządzanie życiem sprowadza się do zarządzania myślami? Cóż, tę praktykę można w sobie rozwinąć na każdym etapie swojego życia.

Na pierwszy rzut oka wydaje się to zadaniem niemal niewykonalnym. Sterować własnymi myślami? A nie odwrotnie? Wyobraźmy sobie jednak, że to jest możliwe. Kwestia nie sprowadza się do udawania, że nie ma negatywnych myśli ani uczuć, lecz do przyznania przed sobą samym, że istnieją. Zrozumieć, że pojawiły się z ważnego powodu, jak komunikat, który płynie z głębi nieświadomości, i opowiada najgłębiej skrywane lęki, które pragną być zauważone. Następnie pozwolić im odejść, mimo iż, to rozstanie oznacza utratę starych przyzwyczajeń i przekonań, wygodnych i zaciekłych pretensji i znanych ‘prawd’ życiowych, w które święcie i zapamiętale wierzymy, i które kreują nasze życie w powtarzalny, przewidywalny sposób, w stylu wiedziałam, że tak będzie…. Pozwolić odejść znanym, mimo że niewygodnym emocjom, to wysiłek przekroczenia tego, co znajome, na rzecz nieznanego, nowego, na przykład na marzenia. To umiejętność, którą można opanować w trakcie systematycznej uważnej praktyki samoświadomości.




Mój umysł jest przystanią dla zdrowych myśli.




Elizabeth Gilbert tak oto opisuje swoją praktykę oswajania myśli.

Zaczęłam więc czujnie obserwować i kontrolować swoje myśli przez całe dnie. Jakieś siedemset razy dziennie powtarzam słowa: Mój umysł nie jest już przystanią dla niezdrowych myśli. Za każdym razem, kiedy jakaś niecna myśl pojawi się w mojej głowie, bez wahania powtarzam: Mój umysł nie jest już przystanią dla niezdrowych myśli. Słysząc, jak pierwszy raz wymawiałam te słowa, moje ucho wewnętrzne samo się nadstawiło i reaguje na słowo przystań. Przystań jest oczywiście miejscem schronienia, portem przybycia. Wyobraziłam sobie ten port swojego umysłu. Nękało go wiele sztormów i nie jest w najlepszym stanie, ale za to ma niezłe położenie i jest głęboki. Przystań mojego umysłu, położona nad otwartą zatoką, jest tym jedynym miejscem, z którego można się dostać na wyspę mojego Ja; wyspa jest młoda, wulkaniczna, żyzna i pełna niezmąconej wiary. Doświadczyła kilku wojen, ale teraz, dzięki nowemu świadomemu przywódcy (ja) jest nastawiona pokojowo i pragnie się rozwijać.

Nie mają tu wstępu zawzięte i napastliwe myśli przypływające na zadżumionych żaglowcach i wojennych okrętach – wszystkie zostają odesłane tam, skąd przybyły. To samo dotyczy statków przenoszących gniewnych banitów, malkontentów, buntowników, i podróżujących na gapę wywrotowców… wam też dziękujemy. Nawet misjonarzy starannie się odsieje, na podstawie kryterium szczerości. To spokojna przystań, wrota pięknej i dumnej wyspy, która dopiero teraz zaczyna kultywować swój spokój. Jeśli możecie przestrzegać tych praw, moje drogie myśli, jesteście w moim umyśle mile widziane, a gościnne pokoje na Was czekają. W przeciwnym razie zawrócę was wszystkie na morze, skąd przybyłyście.



Mój umysł jest przystanią dla dobrych, zdrowych, kolorowych myśli, które wspierają mnie w rozwoju.


Wiem, czego pragnę. Taka jest moja duchowa misja i ona będzie trwała bez końca.



**
Tekst opublikowany w Kopalni Wolnego Czasu, pt. W przystani mojego umysłu czyli sztuka odnajdywania

Zapraszam.

***

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

dziękuję

linkWithin

Related Posts with Thumbnails